wtorek, 28 lipca 2015

mój pierwszy poród AD 2014

Ten wpis mnie dużo kosztował, kilka dni go zaczynałam, usuwałam, poprawiałam...
Mój pierwszy poród...


Mój pierwszy poród był inny, inny niż to zaplanowałam.

16.02.2014 do terminu wyznaczonego przez lekarza zostało 5 dni. Około godziny pierwszej w nocy kładziemy się spać. Godzina 3:00, budzę się, coś jest nie tak, 5 sekund na decyzję i biegiem do łazienki. Całe wody odeszły do toalety, udało się nie pomoczyć całego łóżka. Z łazienki krzyczę do męża: rodzę! Szybki telefon do mojej Mamy (nasza TAXI) i lecimy dopakować ostatnie rzeczy do torby.


Bardzo przydała mi się lista z rzeczami, które trzeba jeszcze dopakować.

Czas leci szybko, po 4 przyjeżdża moja Mama, raz, dwa kręcimy kilka ujęć do naszego filmu "poród" i jedziemy. O 5 rano docieramy do szpitala Kliniczna.

W szpitalu cicho i sennie, idziemy na izbę przyjęć. Są miejsca, czekamy, potem szybkie badanie, lekarz coś mówi, że też ma córkę Aleksandrę. Zero rozwarcia, zero skurczy, ale wody odeszły, więc poród się zaczął.

Około 6 biorą mnie na porodówkę, mąż musi kupić zielone wdzianko i foliowe butki. Cały czas żałuję, że nie kupiliśmy tych rzeczy wcześniej. Tak więc ja na górę, Adam z Mamą do automatu i zostajemy rozdzieleni...
Na porodówce jest całkiem ładnie. Sala jest mała, ale widać że niedawno była odnawiana, sprzęt i łóżko też są nowe. Daję położnej mój plan porodu. Ciągle żałuję też tego, że go zrobiłam i że go komukolwiek pokazałam. Daję też wyniki badań. Podłączają mnie do KTG i leżę sobie jakąś godzinę sama.

W między czasie słyszę jak położne śmieją się z mojego planu porodu, potem zmienia się personel. Przychodzi lekarka, która obcesowo informuje mnie że musi mi założyć wenflon żeby podać antybiotyk na bakterię, którą niestety miałam (i notabene od dwóch dni wiem, że znów ją mam). Bada mnie i jest to dość bolesne, mówi, że nie ma rozwarcia i skurczy i że podadzą mi oksytocynę. Tłumaczy, że to naturalny hormon...

Po 7 wpuszczają Adama. Dostaję oksytocynę, przynoszą śniadanie. Kręcimy kolejne ujęcie do filmu, nastrój mimo początkowych niedogodności nie najgorszy (zresztą mamy to udokumentowane).

Słyszymy wrzaski dobiegające z innych sal, mówię Adamowi, że ja tak nie będę.

Około 9-10 zaczynają się pierwsze skurcze, jest dobrze, trochę boli, ale to w końcu poród, nie?

Pytam położną o piłkę do skakania, nie ma problemu i zaraz piłka jest już z nami na sali.
W między czasie kolejne pół godziny KTG, Adam ma patrzeć na wydruk. Trzeba czymś faceta zająć ;)

Skurcze się nasilają, boli coraz bardziej. Jestem zmęczona, w końcu spałam dwie godziny. Jest coraz gorzej.Dlaczego to tak boli?

Zaczynam prosić o ZZO, w końcu je dostaję. Anestezjolog patrzy na moje plecy i mówi że skoro tatuaż przeżyłam to poród też... Łatwo mu mówić - w końcu to facet.

Ból odchodzi. Na jakąś godzinkę kładę się na łóżku i między skurczami przysypiam.

Przychodzi położna, wygania mnie pod prysznic. Nie chcę - wolę leżeć, skurcze stają się mocniejsze, ledwo daję radę ustać pod tym prysznicem. Adam dzielnie wszystko znosi, podtrzymuje mnie pod prysznicem, wszystko jest w wodzie, łazienka i Adam też. Nie daję rady, wracam na łóżko. Przychodzi położna i znów gada o prysznicu, cholera sama sobie idź pod ten prysznic! No ale idziemy znów, dużo krzyczę, wszytko mnie boli, mam dość. Nie chcę porodu, dziecka, chcę żeby to się skończyło.

Potem bóle parte, jestem padnięta. Mam oddychać, przeć. Nie mam siły, położna coś krzyczy, ja płaczę. W końcu staram się wykonywać jej polecenia. Czas leci, dla mnie to wieczność...

Nagle decyzja o cesarce. CO?! Tyle męki i na koniec cesarskie cięcie? Z jednej strony się cieszę bo zaraz przestanie boleć, z drugiej to przeżyłam cały poród i na koniec mnie potną.

W około jest dużo ludzi, pomagają mi zmienić łóżko, zmieniamy salę.
Nade mną mnóstwo świateł, dostaję drugie znieczulenie, szczęście, że już mam wenflon w kręgosłupie. Zasłaniają parawanem mój brzuch, widzę tylko zieloną zasłonkę, pytają czy boli. Boli mnie cały czas prawe biodro.

Nagle ciemność, czarna dziura w pamięci...

O 16:00 rodzi się Lili, nic nie słyszę, nic nie wiem.

Chodzę po opuszczonym biurowcu, wszędzie światła...
Ocknęłam się około godziny 20. Ciemna sala, nie wiem co się dzieje. O 20:28 wysłałam Adamowi smsa z pytaniem czy wszystko ok z Lili. Odpisał, że tak. Co jakiś czas przychodzi pielęgniarka lub położna i daje mi jakąś kroplówkę i co chwilę mierzy ciśnienie, które jest dużo za wysokie.

Najdłuższa noc w moim życiu - nie wiem co z Lili, nikt mi nic nie mówi. Mózg dziwnie pracuje, nie czuję się sobą.

Około 6 rano mówią mi, że o 7 zobaczę córkę, czas wlecze się niemiłosiernie.
Przychodzi rehabilitantka pokazuje mi ćwiczenia, by szybciej wrócić do siebie. Mówi, że powinnam jak najszybciej wstać, pokazuje jak korzystać z udogodnień łózka sterowanego pilotem.
Dobre sobie, przenoszą mnie na salę poporodową, łóżko potwornie wysokie, metalowe, nie ma żadnej regulacji. Dalej nie zobaczyłam swojego dziecka, czuję się okropnie.

W końcu około 11 idziemy, już z Adamem do Lili. Leży sobie w inkubatorze. Mogę ją dotknąć przez dziury w plastiku.

Chwilę później przychodzi położna, wyjmuje małą, mówi że już wszystko dobrze i że mogę ją potrzymać i nakarmić. Karmienie to temat rzeka i nie chcę teraz o tym pisać. Nam się w szpitalu nie udawało, w domu dociągnęłyśmy do trzech miesięcy. Zostają ze mną kolejne wyrzuty sumienia z tym związane.

Około 13 przekładają Lili do przeźroczystej kuwety i pozwalają nam iść razem na oddział poporodowy.

W szpitalu spędziłyśmy ciężki tydzień, Lil miała w między czasie żółtaczkę, ja po porodzie nabawiłam się nadciśnienia i niedokrwistości. Poniżej trochę kadrów z tamtego czasu.

Trzymajcie mocno kciuki żeby mój drugi poród odczarował pierwszy!



Pierwsze, najpierwsze zdjęcie Lili. Zrobione przez Adama, ja leżę nieprzytomna nie wiadomo gdzie...



 Pierwszy raz trzymam Lili na rękach!



 Adam pierwszy raz trzyma Lili na rękach



Chińska królewna i solarium w środku nocy ;)



Moje ulubione zdjęcie, które cały czas jest u mnie na tapecie telefonu <3



JEDZIEMY DO DOMU!!!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz